Grunge lat 90.: jak flanela z Seattle podbiła wybiegi
Brzydki sweter, podarte dżinsy i potargane włosy. Tak rodził się jeden z najważniejszych trendów w historii mody.
Grunge nie narodził się na wybiegu, tylko na ulicach Seattle w połowie lat 80. To był styl z konieczności. Młodzi ludzie kupowali ubrania w second-handach, bo nie mieli pieniędzy na nowe, a nie dlatego, że chcieli wyglądać modnie.
Całość opierała się na wytrzymałych, tanich rzeczach noszonych luźno i androgynicznie. Chodziło o to, żeby zatrzeć sylwetkę, a nie ją podkreślać. Flanelowe koszule, podarte dżinsy, ciężkie buty i workowate swetry to był podstawowy zestaw.
Najważniejszą twarzą tego stylu został Kurt Cobain, wokalista Nirvany. On nigdy nie chciał być ikoną mody. Po prostu nosił to, co miał pod ręką, z nieuczesanymi włosami. Po premierze płyty Nevermind w 1991 roku jego luz stał się wzorem dla całego pokolenia.
Moda wysoka długo nie wiedziała, co z tym zrobić. Przełom przyszedł w 1993 roku, gdy Marc Jacobs, wtedy dyrektor kreatywny damskiej linii Perry Ellis, pokazał kolekcję wiosenną inspirowaną grungem.
Na wybiegu pojawiły się flanelowe koszule, sukienki w stylu babcinych wzorów, buty Dr. Martens i robione na drutach czapki. Miało być artystycznie i ulicznie zarazem.
Branża go zlinczowała. Krytycy nazwali kolekcję katastrofą, a Jacobs wkrótce stracił pracę. Pikanterii dodaje fakt, że sam Cobain i jego żona Courtney Love podobno spalili ubrania, które dostali od projektanta.
Mimo tej wpadki grunge na dobre wszedł do głównego nurtu mody. Największą popularność osiągnął na przełomie 1993 i 1994 roku, gdy nosiły go zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
Dlaczego grunge wraca co kilka lat
Trwałość grunge'u w modzie ma prostą przyczynę: to estetyka antymodowa, więc odnawia się za każdym razem, gdy moda staje się zbyt wymuskana. Po sezonach glamouru i logomanii młode pokolenie sięga po flanelę i ciężkie buty jako gest sprzeciwu — dokładnie tak samo, jak zrobiło to pokolenie Seattle wobec przepychu lat 80. Bunt się nie starzeje, zmieniają się tylko jego adresaci.
Polska ma z grunge'em własną historię. Lata 90. nad Wisłą to czas, gdy flanelowe koszule nosiło się z konieczności i z bazaru, nie z wyboru estetycznego — dlatego dzisiejszy powrót trendu ma tu podwójne dno nostalgii. Vintage'owe koszule i skórzane kurtki z tamtej epoki, wygrzebane z szaf rodziców, są dziś autentyczniejszym grunge'em niż jakakolwiek sieciówkowa kolekcja.
Praktyczna siła tego stylu leży w jego dostępności: to jedyny wielki trend, którego nie da się „źle kupić”. Podstawą są rzeczy używane, rozciągnięte i niedopasowane, więc second-hand jest lepszym źródłem niż butik, a zniszczenie dodaje wartości zamiast ją odbierać. W czasach drożyzny i rozmów o nadprodukcji odzieży ta filozofia brzmi aktualniej niż kiedykolwiek.
Dziś grunge regularnie wraca w nowych odsłonach. Flanela w kratę, ciężkie buty i estetyka anty-glamour co kilka lat odżywają w kolekcjach projektantów i w stylizacjach młodszych pokoleń. To dowód, że trend z buntu potrafi być trwalszy niż niejedna luksusowa moda.



brzydki sweter i podarte dzinsy na wybiegu, kto by pomyslal. grunge z Seattle podbil cala mode, ironia losu
potargane wlosy i flanela to byla moja mlodosc. milo ze trend wraca, znowu czuje sie modnie
branza wziela styl biednych dzieciakow i sprzedala go za fortune. tak dziala moda, paradoks
grunge to bunt zamieniony w trend. troche traci urok jak projektant kaze placic 2000 za podarte dzinsy
ten trend nigdy do konca nie umarl. flanela wraca co kilka lat jak bumerang i dobrze